Oto Kraków, po 10 godzinach lotu do Frankfurtu i kolejnych kilkunastu podróży autobusem dotarliśmy do domu. Bagaż doświadczeń powiększył nam się znacznie bo nie była to łatwa wycieczka. Wręcz możnaby ją określić jako najtrudniejszą, wszechobecny hiszpański a brak angielskiego, wysokie ceny, niełatwe podróżowanie, wszystko to składa się na fakt, iż zakładane cele tym razem zrealizowaliśmy połowicznie, w zamian z kolei robiąc inne. W podrózowaniu po tych krajach przeszkadza też stan permanentnego zagrożenia i choć my osobiście nie otarliśmy się o jakieś niebezpieczne sytuacje (no, w Caracas było mało ciekawie) to świadomość zagrożeń istnieje cały czas, a nawet gdy o niej się zapomni to momentalnie ktoś nam o nich przypomina, czy to na szlaku wysokogórskim czy nawet wychodząc z hotelu portier wskazuje w którą stronę można iść wieczorem a w którą nie wolno. Reasumując z dwóch krajów jakie tym razem odwiedziliśmy polecić mozemy z całą pewnością Ekwador, miło, ludzie sympatyczni, ceny bardzo przystępne.. Wenezuela.. może kiedyś trafi nam się lepsze podejście.. póki co, jesteśmy na nie.
Pozdrawiamy wszystkich stałych (i nie stałych ;) czytelników, a gdy ochłoniemy pomyślimy o.. nowej wyprawie. Trzymajcie kciuki.
Sep 13, 2008 12:00 AMLądem wodą i powietrzem..
Przetrwaliśmy Caracas, do rana jakoś zaczęliśmy się orientować w całęj sytuacji, dołączyły do nas nawet dwie młode Polki jakie przyleciały nocą z Peru. Zdaje sie, że nie do końca zdawały sobie sprawę gdzie sie wybrały, życzę im jak najlepiej, ale w tym kraju aby przetrwać trzeba mieć stalowe nerwy a i mordę umieć przywalić. Dotarliśmy na terminal autobusowy, spędzająć w Caracas urocze przedpołudnie bo biletów nie było, do Puerto La Cruz dotarliśmy nocą. Prom jaki miał odbić o drugiej w nocy też oczywiście gdzieś zaginał.. zaczynamy się w sumie przyzwyczajać.. Odbiliśmy w końcu nad ranem, pierwszą klasą, hehe wolę sobie nie wyobrażać trochę tańszej na nim klasy turystycznej. No i jesteśmy.. zaparkowaliśmy w znanej nam już Posadzie Nathalie w Playa El Aqua (polecamy) wieczorem tradycyjnie popiliśmy w towarzystwie miejscowych a dziś już sie pakujemy, jeszcze na moment na plażę i kierujemy sie w stronę lotniska, pozdrawiamy wszystkich i do zobaczenia :)
Sep 12, 2008 12:00 AMMiła mieścina..
Samolot wykombinowaliśmy.. tyle że zamiast do Caracas polecieliśmy do Bogoty w Kolumbii, tak to czystym przypadkiem dotarliśmy do zapowiadanego na wstępie celu naszej podróży :) Prznajmniej była choć okazja napić sie kolumbijskiego piwa. W Bogocie mimo nie opuszczania strefy tranzytowej kontrole bezpieczeństwa były jak nigdzie dotąd, celnik tak mnie wymacał, że chciałem już zaproponować abyśmy na "ty" przeszli ;) Polecieliśmy w końcu do celu naszej podróży. Na miejscu oczywiście gigantyczny bajzel do przejścia przez immigration. Zaraz za immigration zaczyna się zabawa, do nas dopieprzył się jakiś gliniarz, czagoś chciał, walutę jakaś wyieniać, puścić nas nie chciał wskazująć na naszywki ze jest policjantem, udało się go wymanewrować jakoś, schroniliśmy sie na półpiętrze w nieczynnej knajpie, momentalnie zjawiło się czterech niewyjściowych gości koło nas, pozostawała ewakuacja na zewnątrz terminala ale tam jak piszą wszystkie przewodniki oraz ostrzegano nas już na miejscu wyjście nocą graniczy z samobójstwem, gdyż nawet wewnątrz terminala jest niebezpiecznie. Wróciliśmy do środka opędzając się od taksówkarzy, hehe 50 dolarów kurs. asz miły policjant oczywiście momentalnie się zjawił.. zaczynało robić się groźnie.. witamy w Caracas.
Sep 11, 2008 12:00 AMAutobus uznany za zaginiony
Ekwador stanowczo nie chciał nas wypuścić. O ustalonej godzinie stawiliśmy się wieczorem na dworcu. Po kolei odjeżdżały wszystkie lokalne a naszego jak nie było tak nie ma.. Próby dowiedzenia się czegoś na dworcu skazane były na niepowodzenie, panienka w okienku bez cienia inteligencji na twarzy coś nam prawiła ale niewiele z tego wynikało. Co ciekawe, przez całą noc tylko my usiłowaliśmy się dowiedzieć czegoś na temat naszego autobusu, reszta niedoszłych pasażerów po prostu tkwiła w fotelach niewzruszenie. Rano i my pogodziliśmy się z faktem, że autobus zaginał gdzieś w Kordylierze i do Quito nie dotrze (bo to był przelotowy kurs). O ósmej rano zjawił się gość u którego nabyliśmy bilety, pozdrowiliśmy go słodkim słowem i odebraliśmy pieniądze, teraz już byliśmy w lekkim problemie, żadnym sposobem nie byliśmy w stanie zdążyć do Wenezueli na czas lądem.. pozostawał samolot, ale skąd go wytrzasnąć od ręki?
Sep 09, 2008 12:00 AMPanamericana - pora wracać.
Dzis wyjeżdżamy z Ekwadoru. Mamy bezposredni autobus aż do Caracas, po drodze choć zza szyby postaramy się zerknąć na Kolumbię bo na nic więcej nie ma szans, mamy bardzo wyśrubowane czasy przejazdów (trzymajcie kciuki ;) więc przez następne kilka dni wpisów tu proszę się nie spodziewać ;)
Quito zwiedziliśmy dość kompleksowo, zrobiliśmy główne atrakcje, m.in. kolejkę linową, drugą jak piszą pod względem wysokości na świecie (nie jestem pewien czy to aktualne bo chińczycy też coś dużego klecą u siebie), ta najwyśsza na świecie w Meridzie musi na nas poczekać do następnego razu.
Pichinchę zrobiliśmy polowicznie, robiliśmy nieaktywny szczyt, dotarliśmy na 4500 m.n.p. Trasa jest łatwa lekka i przyjemna, na wulkanach dostaję takiego powera, że chciałem z miejsca zrobić ten aktywny stożek na 4800, niestatety Beatka miała już lekkie problemy z soroche a w dodatku ta trasa jest zbyt niebezpieczna na własną rękę (liczne napady i inne atrakcje). W Quito wojowaliśmy z agencjami turystycznymi o przewodnika na aktywny stożek, niełatwe to bo jak powiedzieli bardzo rzadko tam ktoś się wybiera, w końcu za kupe forsy zaoferowali wejście ale.. dwudniowe, niech sie w ucho ugryzą nie mamy już tyle czasu, może gdybyśmy dzień wcześniej.. ale wtedy byłyby problemy z aklimatyzacją. Co się odwlecze.. jak to mówią, i tak nie mamy już tyle forsy ile chcieli więc zmykamy w sumie bez żalu z Pichinchy :)
Ekwador opuszczamy z żalem, to piękny kraj i ma masę atrakcji, ludzie są sympatyczni a na kilkanatu taksówkarzy wydrzeć sie musiałem tylko na jednego co wystawia im też niezłe świadectwo bo w innych krajach ta statystyka bywa zdecydowanie gorsza. Pozdrawiamy.
Sep 06, 2008 12:00 AMZostajemy w Ekwadorze.
No nie az tak.. ale na troche :) Strata jak wspomnielismy calego tygodnia na poczatku podrozy wywrocila nam caly plan, podliczylismy czasy przejazdow, koszty oraz nasze mozliwosci, wyszlo nam ze na Kolumbie po prostu braknie nam czasu, coz.. jeszcze jeden powod by tu wrocic :)
Z Banos pojechalismy do Quito i wlasnie tu teraz jestesmy. Poniewaz po rezygnacji z Kolumbii zostalo nam 3 dni bo we wtorek odjezdzamy stad bezposrednim autobusem do Wenezueli parkujemy tu na dluzej.
Wybralismy sie dzis do Otavalo, w soboty jest tam jeden z najwiekszych targow w Ameryce Poludniowej, tradycja siega jeszcze czasow Inkow. Wycieczka zajela nam caly dzien choc to tylko 90 km stad (tak sie tu jezdzi niestety) W morzu wrzechobecnej chinszczyzny zdarzaja sie prawdziwe perelki indianskie, targowalismy sie ostro w efekcie bedziemy musieli chyba zaladowc sie na cargo bo nas na samolot z takim bagazem nie przyjma ;)
Na szersze plany brak nam czasu, jako rasowi turysci wybierzemy sie zapewne do Mittad del Mundo no bo byc tu i nie zajrzec to wstyd wielki, natomiest zamiast kolumbijskiego Galerasa (ubolewam nad nim okropnie :( ) sprobujemy zrobic ekwadorski wulkan Pichincha, ale to dopiero w poniedzialek, soroche czyli choroba wysokosciowa troche nam tu Beatke rozklada, w autobusach gdy forsujemy powyzej 3500 ma niejakie ;) problemy. Pichincha ma 4800, no coz, pozyjemy zobaczymy, mamy czas do wtorku wieczor, wtedy bowiem jedziemy do Caracas. 3 dni czyli 72 godziny non-stop w autobusie.. nie ma to jak wakacje ;)
Sep 04, 2008 12:00 AMGringo Trail..
Przez ten tygodniowy przymusowy pobyt na zakichanej Margaricie caly misternie przygotowany plan poszedl w..
Na wejscie na Tungurahuye nie mamy szans najmniejszych, po jednodniowej aklimatyzacji w Banos byloby to po prostu niemozliwe, dzis zrobilismy sobie zwiad do wysokosci 2850, wierzcholka niestety nie widac bo to wulkan, caly szczyt w gestej chmurze. Za jeden dzien mozna tu dotrzec do Refugio na 3800, fajnie ale trzeba wydac na to sto dolarow co najmniejna dwie osoby, w zamian wejdziemy w podstawe tej chmury, atrakcja srednia.
Coz.. bedzie powod (nie jedyny zreszta) aby tu wrocic, a my jak rasowi turysci zrobilismy sobie gringo trail.. wykupilismy sobie wycieczke po wodospadach (no, jeden to calkiem calkiem byl) jechalismy kolejka zawieszona na linie nad przepasciami, zreszta caly przejazd samochodem byl nad przepasciami, zalowalem, ze sobie dla kurazu czegos wczesniej nie lyknalem ;) Wieczorem w knajpie grala tylko dla nas miejscowa kapela (foto nizej). Zyc nie umierac normalnie w tym Ekwadorze :) Wieczorem jedziemy na pobliski szczyt porobic choc fotki wulkanowi, a nuz sie pokaze na chwile, a jutro opuszczamy juz Banos, kierujemy sie teraz na Quito, mam nadzieje ze zatrzymamy sie tam na chwile bo niestety czas ucieka coraz szybciej a my do samolotu mamy jeszcze kilka tysiecy kilometrow.. przed nami bowiem Kolumbia, trzymajcie kciuki.
Sep 03, 2008 12:00 AMWakacje w kiblach? Czemu nie.. :)
Bańos to w doslownym tlumaczeniu kible wlasnie :) Dokladnie ten sam napis umieszczony jest nad kazdym wychodkiem, idac za drogowskazami niekoniecznie mozna akurat tu trafic :)
Dotarlismy tu autobusem "direct" z Guayaquil. Gdybysmy jechali przez Quito z przesiadka trwaloby to zapewne z szesc godzin, my przedzieralismy sie przez czasem pionowe wrecz polki skalne jakichs dzikich zakatkow Andow, wsrod sniegow szczytow dziewiec godzin a i tak w tym "direct" musielismy sie przesiasc. No ale co za folklor.. to co najbardziej lubimy w pelnej krasie. Warto sie jeszcze zatrzymac przy naszym pobycie w Guayaquil, hostel DreamKapture (nie ma go w LP) jest bardzo dobrym wyborem, gdyby ktos tam trafil nie powinien narzekac. Zreszta.. gwoli sprawiedliwosci na nic tu nie mozna narzekac po pobycie na Margaricie.. ceny normalne, ludzie sie usmiechaja do nas, nawet taksowkarze uczciwi, fantastyczny kraj.
A dzis od rana zwiedzamy Bańos, musimy sie bowiem aklimatyzowac do wysokosci.. Cos jak nasze Zakopane tyle ze na rowniku, wysoko tu wiec temperatura przyjemna, wrecz chlodno. Gdzies wysoko nad nami gleboko w chmurach dymi wulkan Tungurahua.. Oficjalnie nie ma na niego wyjsc, jest zbyt niebezpieczny, nieoficjalnie znalezlismy juz fachowca od tego, chce wprawdzie kupe forsy ale to jest do lykniecia, problemem jest tylko nasz krotki czas aklimatyzacji i dwudniowa wspinaczka na prawie 5 tys. m.n.p. Czy jestesmy do tego zdolni? Chyba nie.. ale latwo nie odpuscimy, poki co lecimy rozeznac teren ;)
Sep 02, 2008 12:00 AMBurdel na kolkach, czyli lecimy do Ekwadoru.
Tak jak planowalismy, udalo nam sie wyrwac z tego raju, ale lekko nie bylo, oj nie. Samolot do Caracas mielismy o 10, na lotnisku zameldowalismy sie o 7, okazalo sie, ze odlecial w koncu o 14, z wywieszonym jezorem latalismy po lotnisku w Caracas, przy ktorym Dworzec Centralny w Warszawie to szczyt organizacji i elegancji. Ledwo zdazylismy sie odprawic do Quito.. ok, ale gdzie jest samolot; Nikt nic nie wie, szukalismy go kilka godzin po lotnisku, gosc z naszej linii gdy mu pokazuje nasze karty pokladowe (hehe cos namazane dlugopisem na cwiartce papieru) z logo ich firmy pyta czy chce do Lufthansy.. siostro kaftan. Z jednej bramki odprawiaja sie jednoczsnie po trzy linie. Zeby nie bylo za latwo, na lotnisku nie ma pradu.. potem jest i cale szczescie bo zapada zmrok. Wystartowalismy po osmej wieczor.. tu niespodzianka, linie Santa Barbara lataja naprawde tanio jak na tutejsze warunki, spodziewalismy sie jakiegos spartanskiego Junkersa z czasow drugiej wojny swiatowej z lawkami wzdluz burt a tu wiekowy dosc ale bardzo zadbany i elegancki B757 z cateringiem godnym europejskiej linii, rzesza stewadres itp. Szwankuje im tylko marketing bo ponad polowa samolotu byla pusta choc na poprzednie loty miejsc nie uswiadczylismy wiec nie wiem jak to jest. No i jestesmy.. Ekwador a konkretnie miasto Guayaquil (chyba tak sie to pisze) na pierwsze rzut oka jawi sie bardziej sympatycznie od naszych dotychczasowych doswiadczen. Jak bedzie.. opiszemy tu zapewne niebawem. Pozdrowienia.
Aug 31, 2008 12:00 AMEl Yaque.. jak sie chce to mosna..
W tytulowej miejscowosci sakotwicsylismy na dwa ostatnie dni prsed odlotem.. Miejsce jak nie stad.. csysto, sympatycsnie. I choc samo mose nie tak lasurowe jak w tych topowych playach to prsynajmniej cslowiek nie csuje sie tu jak na skrsysowaniu slumsow s wysypiskiem. Sympatycsny hotel naswa jak miejscowosc w tytule + Motion, (sorry nie prsepisse bo dsiala mi tu tylko prawa csesc klawiatury, sdefiniowalem sobie tylko kilka snakow bo inacsej byloby to calkiem niecsytelne). Mamy stad pare krokow na lotnisko skad jutro odlatujemy do Caracas. Jak prsystalo na rasowych turystow nabylismy flache miejscowego rumu a jako, se jest tu wlasnie siodma rano idsiemy na plase smiesryc sie s nia. (wiem, wiem w Polscce teras jest popoludnie, wiec chyba jus mosna ;) Podrawiamy csytelnikow, mimo is tu mamy net sa darmo to nastepne wpisy mamy nadsieje srobic jus s calkiem innych miejsc. Prosba jak sawsse, trsymajcie kciuki, a my sciskamy mocno :)